Zimbabwe. Dolina magiczna

Wielkie cielsko podrdzewiałego autobusu wreszcie się zatrzymało. Gdy wyskakiwaliśmy na drogę, w uszach ciągle brzmiał dźwięk piszczących hamulców. Po godzinach jazdy niezbyt utwardzoną trasą, gdzieś we wschodnim Zimbabwe, staliśmy teraz przed kilkoma rozrzuconymi na łące budynkami. - To Rukweza – powiedział Francis, po czym skierował się do czegoś co przypominało sklep. Kupił dwa piwa, podał mi jedno mówiąc – Pij szybko, bo już trochę późno, a przed nami długi spacer.
Ale nie ruszyliśmy od razu, jakby szukając odwagi, wlewaliśmy w siebie kolejne napoje. Wreszcie przy niskim słońcu wkroczyliśmy na polną ścieżkę, prowadzącą pomiędzy skalistymi ścianami w dolinę.
- Dorastałem w tej okolicy. Znam tu wszystkie kamienie. Spokojnie, znajdziemy drogę – powiedział Francis, ale cicho, jakby bardziej chciał przekonać samego siebie niż mnie.
Duch
Na początku szliśmy wąską ścieżką, wijącą się w trawach wyższych od nas. Wokół były bagniste rozlewiska i błoto. Potem przekraczaliśmy poletka wysuszonej kukurydzy, przeprawiając się przez rzeczki, skacząc po kamieniach. Robiło się coraz ciemniej, widać było tylko pasek ścieżki. I nagle w ciemności, znikąd, pojawił się tańczący pomarańczowy ognik, lecący w naszym kierunku… Wstrzymałem oddech…
Po kilku naszych zwolnionych krokach, przy ogniku pojawiły się mankiety białej koszuli, a potem cała sylwetka człowieka, wkładającego papierosa do ust i czarna, ledwo widoczna twarz. Odetchnęliśmy. Ale teraz człowiek zobaczył nas. Białka jego oczu urosły gdy spojrzał na mnie, cisnął ognik na ziemię i zaczął uciekać jakby zobaczył ducha…
Bliźniaczki
Przełknąłem ślinę. Ciągle wbijaliśmy się w czerń i ciemności, by wreszcie zboczyć z drogi. Dalej nie mogliśmy iść. W oddali zamigotał budynek. Francis wszedł pierwszy, uprzedzając, że jest ze mną. Okrągła kuchnia, a w środku przy ogniu i garnkach kobiety - starsza i dwie córki, bliźniaczki, Roza i Grace.
Od razu dostaliśmy kukurydzę upieczoną przy ogniu. Gorąca sadza lepiła się do palców. Gospodynie zaproponowały nocleg.
Dziewczyny modliły się przed snem, śpiewając na dwa głosy o Jezusie. Potem rozmawialiśmy chwilę przy świecach. Tutaj nie ma prądu. Opowiedziałem o ogniku. Dziewczyny mimo, że wierzą w Boga, nie zapominają też o duchach. Istnieje legenda o zjawie w kształcie ognia… Legend jest więcej.
– Czasem zdrowi ludzie umierają ot tak. To musi być magia, ktoś rzuca na nich czar – powiedziała Roza.
W okolicy są też elfy, syrenki i nagie kobiety ujeżdżające hieny…
Sprawa kozła
Rano zabraliśmy się w dalszą drogę. Stanęliśmy nad brzegiem rzeki. W nocy mielibyśmy ogromne trudności z jej przekroczeniem. Mała, ale rwąca rzeczka, kawałek wyżej łączy się z większą, w której są krokodyle.
Teraz szliśmy już ścieżkami w dolinie. Spotkani ludzie witali nas serdecznie, tradycyjnie klaszcząc w dłonie. Dalej przez pole kukurydzy, trafiliśmy na kolejną okrągłą kuchnię i małą chatkę. Obok krzątała się starsza kobieta w czerwonej chustce na głowie, z podartymi rękawami.
– To moja matka – powiedział Francis. Zasiedliśmy w kuchni na murowanej ławie, przy ogniu i gryzącym w oczy dymie. W środku było palenisko, metalowa podstawka na garnki, kute i wyginane pręty. Worki i miski kryły się pod okrągłą ścianą, była też kura, pod stropem przebiegł szczur. Jedno małe okienko, dach kryty strzechą, poczerniałą od dymu. Matka siedziała na nylonowym worku, mieszała w garnku z gotującą się dynią.
Przybyliśmy tu by wyjaśnić sprawę kozła.
Niedawno zmarła babcia Francisa. Część rodziny domaga się teraz rekompensaty za tę śmierć. Przychodzili po pieniądze. Matka chciała, by Francis kupił im kozła.
- Jeśli go nie dostaną, mogą rzucić czar – mówiła.
Cmentarz
W chatce zjawił się Chamu, kuzyn, młody farmer. Na nogach miał sandały zrobione ze starej opony. Mocny chłop, Francis opowiadał, że potrafi przejść 70 kilometrów, biorąc ze sobą tylko pół bochenka chleba i butelkę coli.
Chamu powiedział, że zaprowadzi nas na cmentarz. Ruszyliśmy więc na spacer. Na górce w lesie znaleźliśmy kilka murowanych, prostych nagrobków. W zastygniętym cemencie, patykiem wyrysowane były imiona i daty śmierci. Grób babci na razie tylko przykryty ziemią.
Wracając, skacząc przez strumienie po kamieniach, szliśmy też przez las. Coś zaszamotało przed nami, Francis o mało nie wdepnął na mambę, jadowitego węża. W porę się zatrzymał i nie spanikował. Gad uciekł szybko w krzaki. Jakiś znak?
Telefon
Kolejnego dnia dotarliśmy do jaskini na zboczu góry, by obejrzeć naskalne malunki. Bardzo wyraźne, słonie, osły, wielbłądy i inne. Czerwone, białe, można dotykać. Tak po prostu. Nikt nie wie ile mogą mieć lat.
Wracając spotkaliśmy kolejnego kuzyna, który jest tu nauczycielem. Zasiedliśmy z jego rodziną przy łuskaniu kukurydzy. Znów omawiana była sprawa kozła. Dostaliśmy słodkie ziemniaki na obiad. Nauczyciel mówił też o swojej sytuacji, że lista narzekań i zażaleń jest długa. Zaczyna się brakiem elektryczności. Przed domem widzę baterię słoneczną, która ładuje akumulator. - Przynajmniej jest radio i można ładować komórkę, chociaż zasięg jest tylko przy drodze - mówi kuzyn. Ale właśnie dzięki temu mogli wezwać Francisa, który teraz mieszka w mieście.
Knajpa
Wieczorem kolejna przeprawa przez bagna. Zachciało nam się piwa. Odnaleźliśmy kilka kanciastych domków, czyli niemal centrum handlowe z dwoma sklepami spożywczymi. Piliśmy na murowanej werandzie, wsparci o kolumnę, w górach, przy zachodzie słońca. A potem przy świecach chłopaki pili chibuku, ledwo sfermentowany napój alkoholowy w brązowej, plastikowej beczułce. 2 litry. Nazywają go tu scud, bo pociski używane w wojnie w Zatoce miały taki sam kształt.
Biesiadnicy przekrzykiwali się, jakaś dziewczyna dała mi numer telefonu, zaledwie kilka cyfr. Zrobiło się całkiem ciemno, gwiazdy tylko i świeczki.
Rozmowa zeszła na tematy poważne. Rozmówcy pytali mnie czy to prawda, że węże nie kąsają białych ludzi...
Opowiadali o hienach, o tym, że zjadły człowieka, czy raczej jego ciało, bo prawdopodobnie zmarł wcześniej. Jak? Nie wiadomo. Żona nie widząc męża przez kilka dni nie podniosła alarmu. Teraz gdy wyszło na jaw, że ciałem zajęły się hieny, uciekła. Boi się klątwy.
Noc
Spanie na kamiennej podłodze, w śpiworze, w chatce. Świeczka jeszcze trochę grzała, ale potem już tylko chłód. Zawinięta kurtka pod głowę, w nocy budziłem się żeby ją ubrać, dygotałem śpiąc w spodniach i bluzie. Dziwne sny.
Francis stwierdził, że wszystko przemyślał i zbadał. Nie kupi kozła. To zwykłe przesądy i brednie.
- Musisz kupić tego kozła – odezwałem się stanowczo, po czym dodałem, jakby się tłumacząc – Choćby tak na wszelki wypadek…
31-10-2006
Zimbabwe
Dolina



06-05-2006
Zimbabwe
Trójskok
Tak się jakoś składa, że dokładnie jak dwa lata temu o tej porze roku, jestem w okolicach dwudziestego południowego równoleżnika. I ponownie w ręce buteleczka trunku, na której wypisuję zaklęcia i marzenia.
Pierwsza taka butelczyna czeka na mnie zakopana w okolicach Three Ways, gdzieś pośrodku australijskiego buszu.
Dziś ukrywam kolejną, w dolinie, między skałami, pośrodku Zimbabwe.
Szliśmy w nocy, przedzierając się przez krzaki, robiąc nasze trójskoki przez rwące rzeki, niosąc śpiwory w plecakach, nasłuchując głosów hien, odnajdując jaskinie z malunkami, nazywając się starymi komradami.
Francis wracał do domu, do swej rodzinnej osady między górami, a ja zakopać tu kolejny płynny skarb.
Kiedyś mam nadzieję tu powrocić, odnaleźć co zostawiłem i przechylić za to co się spełniło i za to co jeszcze nie.
Teraz pozostał mi już tylko jeden trójskok: Pretoria - Johannesburg - Cape Town.
Najlepszego. hej!
03-05-2006
Zimbabwe
Sometimes man has to sing a blues
Zasiadłem w ciemnym wnętrzu, przy szklaneczce patrząc na czterech dziarskich staruszków przygotowujących instrumenty na scenie. Wokół niewielu ludzi, Book Café przy Fife Street, wspiąłem się tu po schodach na dach nad sklepami. Na ogłoszeniu zobaczyłem "Luck Street Blues", wszedłem do środka.
Basista żuł gumę, gitarzysta w przyprószonych siwizną włosach, za nim klawiszowiec w dżinsowej kurtce, zasłaniając bębniarza.
Zaczęli z cicha, na siedząco, statycznie jakimś jazzem. Bas czuć było w piersiach, perkusja dudniła niespiesznie, gitara i klawisze łaskotały, ludzie dzwonili szklankami i widelcami.
Cały dzień włóczyłem się ulicami Harare bez celu, podglądałem mieszkańców. Ciągle będąc w zawieszeniu, w drodze. Trafiłem wreszcie do knajpy, gdzie z czapką leżącą na stole, przy szklaneczce piwa, zaparty ramionami w postrzępionych rękawach, wsłuchiwałem się w leniwe dźwięki, trochę już przysypiając.
I wtedy skończyli z jazzem, gitarzysta wstał z krzesła, wyczekał aż zostaną przełknięte ostatnie kęsy kolacji, podszedł do mikrofonu i głębokim, miękkim i spokojnym głosem powiedział, jakby wiescił skrywaną w sercu życiową prawdę:
- Ones in a while man has to sing a blues - po czym uderzył w struny swej gitary, wydobywając dźwięk wibrujący w uszach, trafiający wprost do wnętrza. Coś o miłości, złamanym sercu i o tym, że życie toczy się dalej. Głęboki głos wypełniał salę, a palce tańczyły na gryfie rozgrzewając go do czerwoności.
Zacząłem się kołysać w rytm mocnych bębnów i ostrej gitary, ktoś wskoczył na parkiet, publika się ożywiła, coraz więcej ludzi.
Bas sunął po podłodze wprawiając w drgania krzesło i stół, wtórwała mu gitara, struny skakały jak sprężyny, a głos rozchodził się w zadymionym powietrzu otulając słowami.
- Chcecie wiedzieć dlaczego gram bluesa? - zapytał gitarzysta po skończonym kolejnym utworze - Później wam powiem - zaśmiał się, gdy już grali dalej.
Pojawił się drugi wokalista, młodszy, w kapeluszu, śpiewał "I wanna show you the land of blues", coraz mocniej, prosto i solidnie, czarując publikę.
Odpływałem w kolejnych łykach, płynąc w krainę bluesa. Znów w barze, moim świecie, gdzie puste butelki, przyciemnione żarówki, muzyka i ludzie, różni, radośni, samotni, w parach, zmęczeni, weseli. Przyszli by się spotkać, by przez chwilę być razem, jak wszędzie - czy to w Egipcie przy wodnej fajce i herbacie, Sudanie przy ruchliwej i aromatycznej ulicy, Etiopii podglądając zmysłowe kelnerki, Kenii przy meczu w telewizji, Kongu, gdzie podający chłopak przysiadał się do nas po godzinach, stając się najlepszym kumplem - wszędzie tam gdzie przesiadywałem, gdzie czułem się dobrze, gdzie była moja Café Africana.
A teraz Luck Street Blues, lokalne kawałki, cała sala śpiewa razem z nimi.
To miejsca zwykłe i niezwykłe, miejsca gdzie przenika się muzyka, śmiechy, zjawiają się przeróżni ludzie, gdzie przenikają się światy.
Po godzinie szaleństwa na scenie i parkiecie, band znów przeszedł do jazzu, zamykając wieczór klamrą. Wracaliśmy do cichej przystani, oczyszczeni, zjednoczeni.
I jeszcze głos ze stolika obok do starszego gitarzysty - To dlaczego grasz tego bluesa?
Ale odpowiedź nie była potrzebna. Już wiedzieliśmy, że raz na jakiś czas, człowiek po prostu musi zagrać bluesa...
26-04-2006
Zimbabwe
Zgrzytające ziarno
Zapewniam, że mogę żyć bez komputera, chociaż jego śmierć to tak jakby popsuła się maszyna do robienia kawy w mojej Café, czy padła aparatura do polewania piwa. Pomimo przejściowych trudności, czy jakby powiedziała rządowa gazeta w Zimbabwe - stawiania czoła nowym wyzwaniom - muszę teraz mielić kawę ręcznie, może więc trochę zgrzytać w zębach.
Komentarze się ożywiły nieco, może więc podrzucę jakiś temat do dyskusji, bo wyżywanie się na autorze wcale mnie nie bawi.
Dylemat I
W Kenii susza, jedna z gorszych w ostatnich latach, widać padnięte zwierzęta, ludzi w desperacji sprzedających ostatnie sztuki, głodujące dzieci.
A w gazecie artykuł o jednej z nowozelandzkich firm, która zaoferowała pomoc - chciała przekazać rządowi Kenii ogromny ładunek czegoś co u nich służy za pokarm dla psów, a jest po prostu mączką kukurydzianą, którą dzieci w Kenii jedzą. Dotknięty rząd stanowczo odrzucił propozycję, dzieci pozostały głodne.
Dylemat II
Zimbabwe. Wcześniej Rodezja, od końca XIX wieku kolonizowana przez białych farmerów, rugujących lokalną ludność z ich własnej ziemi, spychając ich do rezerwatów, dyskryminując na wszelkie możliwe sposoby, pozostawiając np. najgorszą glebę, scieśniając ludzi na małej powierzchni, co jeszcze pogarszało ich zbiory.
w latach 70-tych XX wieku garstka 5000 białych farmerów kontrolowała 70 procent ziemi uprawnej.
Zdesperowana czarna większość zaczęła więc walczyć, w starciach z kolonialną armią poległo ok. 50 tysięcy ludzi. Zimbabwe uzyskało niepodleglość i zaczęła się dwudziestoletnia batalia w sądach i zmiany konstytucji zezwalające na usuwanie białych farmerów i oddawanie ich ziemi w ręce czarnych przesiedleńców.
Takie posunięcia pociągnęły jednak za sobą wszelkie konsekwencje - Unia Europejska narzuciła gospodarcze i polityczne sankcje, kraj pozostał w izolacji, co zrodziło ekonomiczny kryzys, brak paliwa, obcych walut itd.
Farmy w rękach nowych, niedoświadczonych rolników nie są w stanie osiągnąć takiego samego poziomu produkcji co z poprzednimi właścicielami, nie są nawet blisko.
Kraj pogrąża się w kryzysie, inflacja szaleje, turyści i inwestorzy uciekli. Ale Zimbabwe jest niepodległe.
Pytam więc, bo nie wiem - duma narodowa czy pragmatyzm, co ważniejsze w takich sytuacjach?
23-04-2006
Zimbabwe
Improwizacyja
No i stało się. Komputer umarł. Wysiadło mu serce, czy to mózg czy wątroba, nie wiem - w każdym razie rozpadł się twardy dysk.
Miało być o panu Mugabe, o tym jak się wśliznąłem na niepodległościowy koncert zdobywając zaproszenie, jak się naród cieszył i paradował na stadionie, jak oglądaliśmy sobie darmowy mecz dwóch czołowych drużyn i o kwiecistym przemówieniu prezydenta, i jak się dobrze bawiłem.
I o tym jak wracaliśmy 5 kilometrów pieszo po ciemku ze stadionu (miały być podstawione autobusy), słuchając wracających z meczu ludzi, którzy burzyli ten piękny obraz.
Powiem tylko, że inflacja w kraju to 913%, co miesiąc traci się 70% wartości swoich pieniędzy.
Za dwa tygodnie będę w Południowej Afryce, tam podobno naprawiają komputery, a przynajmniej mogą odzyskać dane.
Do tego czasu będziemy improwizować, choć godzina klepania w kafejce internetowej to 200 000 dolarów (zimbabweńskich oczywiście, ale to i tak sporawo)...
21-04-2006
Zimbabwe
To jest Miś na miarę naszych potrzeb
Zimbabwe świętuje 26 rocznicę uzyskania niepodległości. I wszystko jest pięknie – edukacja się rozwija, farmerzy dostali ziemię, są koncerty, pokazy i mecze, a ja mam miliony dolarów.




Najjaśniejsze punkty przemówienia Jego Ekscelencji Prezydenta Roberta G. Mugabe i relacja wkrótce.
PS na tym pierwszym zdjęciu to żołnierze podczepieni pod helikopter, a może Miś, sam już nie wiem...
19-04-2006
Zimbabwe