menu
menu sub

Z życia afrykańskich urzędów: Informacja turystyczna w Chartum

Poprowadzony wytycznymi urzędnika z Ministerstwa Turystyki, jakimś cudem udało mi się znaleźć biuro, które miało wydawać pozwolenia na podróżowanie. Poznałem po flagach i mundurach, nie było żadnych napisów informujących co to za urząd. Wszedłem na mały dziedziniec, a potem do sali z pustymi biurkami. Każdy mebel pochodził z innego kompletu. Były też fotele, a na szarych ścianach ładne i kolorowe zdjęcia, reklamujące Sudan jako atrakcję turystyczną.

W środku siedziała jedna urzędniczka i zanim zdążyłem jeszcze cokolwiek powiedzieć, od razu do ręki dostałem formularz, choć wcale o niego nie prosiłem. - Trzeba dołączyć zdjęcie i zrobić kopię – mówiła jak z automatu, nawet o nic nie zdążyłem zapytać - Ksero jest naprzeciwko. Pije pan herbatę?

Po chwili zjawił się człowiek i przyniósł szklaneczkę tak słodkiego napoju, że czułem jak mi się topi szkliwo na zębach.

Formularz, który dostałem to licencja na fotografowanie w Sudanie. Wpisuje się swoje dane, wymienia miejsca gdzie będzie się robić zdjęcia i czym. Na pozwoleniu jest też wzmianka, by nie fotografować obiektów wojskowych, mostów, stacji kolejowych itp. oraz żebraków, slumsów i innych uwłaczających godności kraju obiektów. Po 10 minutach (i za darmo!!!) miałem papier w ręce. Ale przecież nie po to tu przyszedłem.

- Czy potrzebne jest mi pozwolenie na podróż do Kassali i gór Nuba?

- Nie – odpowiedziała pewnie urzędniczka – to co pan dostał wystarcza.
Może nawet ucieszyłbym się z tej odpowiedzi, gdyby tylko była prawdziwa.

W biurze pojawił się jakiś facet, w rękach miał kolorowe materiały, kobieta skierowała więc całą swoją uwagę na niego (a nie były to materiały reklamowe, tylko takie zwykłe, do szycia). Zaczęli je dotykać, mierzyć, oglądać.

Postanowiłem im przerwać i jeszcze trochę popytać o inne rzeczy, skoro już tu byłem.

- Chciałbym się dowiedzieć jak dotrzeć do Ambasady Etiopii – wypaliłem. Na co facet oderwany od materiałów odrzekł tylko – Najlepiej zapytać taksówkarza.
Ale nie dałem się tak łatwo spławić. W końcu to filia Ministerstwa Turystyki!
Ponowiłem pytanie. Właśnie pojawiła się druga urzędniczka. Już zmęczona, choć to dopiero 9 rano. Odesłali mnie do niej. Widać było, że nie wie. Po prostu widać. Ale zaczęła coś mówić i pokazywać.

Zapytałem więc – Może macie książkę telefoniczną? – ale wiedziałem, że to po prostu żart, i to nie na miejscu.
Wreszcie znalazła się mapa, a właściwie plan, stara i zakurzona ulotka, grafika jak z lat 80-tych. – Tu tak niewyraźnie jest zaznaczone – mówiła kobieta.

Pojawił się boss. Poznałem po ruchach i tym, ze zajął puste biurko na końcu pokoju. Zapytałem czym się zajmuje ten urząd?
- Pozwoleniami. Foto i innymi.
- Jakimi innymi? Właśnie powiedzieli mi, że innych nie trzeba.
- Trzeba, trzeba, tylko nie stąd. Na podróżowanie do Kassali czy gór Nuba musi być zgoda Ministerstwa Pomocy Humanitarnej. W Sudanie po wprowadzeniu pokoju wszystko się zmieniło. Część pozwoleń wydaje się tu, inne gdzie indziej, inne jeszcze gdzie indziej – tłumaczył.

Wreszcie napisał mi wytycznie jak dotrzeć do ambasady i kolejnego ministerstwa na mojej liście do odwiedzenia. I gdy chciałem o coś jeszcze zapytać zjawiła się pierwsza urzędniczka z hakiem na mnie. W formularzu, który wypełniłem na początku nie wpisałem nazwy hotelu. Zaczęli mnie więc o nią wypytywać i przypierać do ściany.
- Nie pamiętam, jest po arabsku, ktoś mnie tam zaprowadził, nie widziałem nazwy, rachunku nie mam.
- No a w jakiej okolicy?
- Zdaje się, że na sąsiedniej ulicy jest Safari Palace Hotel – zapamiętałem tę nazwę, bo napis był po angielsku.
- No to takie rzeczy pan pamięta, a własnego hotelu nie?!

Poczułem, że to już czas żeby się wycofać. Masowa turystyka w Sudanie? To się nie wydarzy.



28-01-2006
Sudan



My z Mielca


Kiedy twoje afrykańskie pola uprawne zżera jakieś robactwo, albo po prostu nic nie chce porządnie rosnąć, po kogo zadzwonisz żeby przyszedł ci z odsieczą?

Oczywiście, że po Polaka.



W środku Sudanu, 150 kilometrów na południe od Chartum, w urodzajnej prowincji El-Dżazira nad Nilem Błękitnym, gdzie uprawia się bawełnę, w małej miejscowości Hassaheisa stacjonuje polska eskadra lotnicza. Są do wynajęcia, walczą z plagami, prowadząc opryski z powietrza.

W bazie, na wielkim placu z ubitej ziemi stoi 21 antonowów w polskich barwach, jest też kilka kruków, w rządku stoją pomalowane na niebiesko ciągniki ursus i jelcz cysterna.

Wchodzę na teren, obok biało-czerwonej flagi i napisu SUDAN A – PZL, widzę białego osiłka z dużym brzuchem, pot spływa mu strumieniami, pojawia się drugi i trzeci mechanik – Dzień dobry - mówię.
- A tyś tu skąd??
- A wy???
- My z Mielca.

Zakłady lotnicze mają tutaj swoją komórkę zajmującą się usługami agrolotniczymi. Dziś w bazie pracuje tylko czterech mechaników. Przyjeżdżają na kilkumiesięczne kontrakty, muszą stawić się tam gdzie wyśle ich firma – w Algierii, Iranie, Sudanie. Teraz jeszcze nie ma sezonu, na razie się nie lata, tylko konserwuje i przygotowuje maszyny.

Rozglądam się po placu, antonowy, kruki, jest kilka rozbitych, zniszczonych, z podziurawionymi skrzydłami albo bez skrzydeł. To efekt burzy piaskowej jaka przeszła w 1988 roku. Na kilka minut pociemniało, samoloty przymocowane są do ziemi, wiatr wyrwał je więc z mocowaniami, podziurawił i połamał, wywrócił kołami do góry. Warunki pracy nie są więc zawsze sprzyjające.

- A gdzie jest wasz pas startowy?
- Ten plac za bazą i droga do wioski – jeden z mechaników wskazuje na kilkaset metrów ubitej ziemi.

Po pracy siadamy w warsztacie, czas na wypisanie raportu, co dzisiaj zrobili. Przy dźwiękach polskiej muzyki z kaset, pijemy herbatę jabłkowo-miętową przywiezioną z Polski.

Na palcach zmęczonych pracowników widzę obrączki, wspominają o swoich rodzinach, mówią że tęsknią. Jak to jest pracować tak z dala od domu?

- Można wytrzymać, roboty jest od groma, nie ma czasu na myślenie. Choć czasem jest ciężko.

Wsiadamy w samochód, w głośnikach „Kwiaty we włosach”., jedziemy do mieszkania. Firma wynajmuje willę, przestronny, parterowy dom, w środku jest duża jadalnia, kącik telewizyjny, łazienka z normalną muszlą, biuro, sypialnie. Poznaję kolejnych pracowników, w sumie jest tu 8 osób z Polski.

Na ekranie Polsat2, Wydarzenia, Tomasz Machała opowiada o związkach PiS z Kościołem, przewija się ojciec Rydzyk, Jarosław Kaczyński w TV Trwam. Śnieg i zima na obrazkach. Tutaj słońce i gorący piasek.

Czekamy na obiad. Sudański kucharz ma wolne, bo to święto barana, więc sami gotują. Jest barszcz czerwony i najprawdziwsze mielone. Po raz pierwszy od dłuższego czasu używam sztućców, a nie samych rąk do jedzenia.

Przy stole rozmowa o wędkowaniu, co i jak najlepiej się łowi. Także w Nilu. Na ścianach obrazki polskich samolotów, mapa świata, Afryki, Sudanu, jest tablica ogłoszeń z nazwą „Akcja Sudan” i rozkładem zadań.

Po obiedzie mechanicy udają się na sjestę i odpoczynek. Zostaję z kierownikiem, panem Wiesławem i jego żoną, która jest księgową.

Firma jest w Sudanie od 30 lat. Ostatnio ma słabszy okres, ale w zeszłym roku trafił się dobry kontrakt w Algierii, szarańcza, mało do roboty, ale niezłe pieniądze. - Teraz wegetacja - mówi kierownik - Czekanie na sezon. Za każdym razem trzeba stawać do przetargu, jeśli się wygra to się pracuje. Konkurencja rośnie, są Bułgarzy, my z Unii Europejskiej mamy inne przepisy, sprowadzamy inspektorów, by sprawdzali maszyny. Inni ciągle mogą uprawiać partyzantkę. Jesteśmy więc drożsi.

Poza tym w Sudanie o wszystko trzeba walczyć, jeśli się przestanie, nie stoi się w miejscu, ale cofa.

Pracują głównie dla państwowych firm, a te rzadko płacą w terminie. Niekiedy trzeba nawet czekać latami na należność. Samoloty są coraz starsze, świat przechodzi na inne maszyny, głównie amerykańskie, firmy się przebranżawiają, np. na gaszenie pożarów. - Ale antki mogą latać tylko tutaj, w innych krajach, bardziej cywilizowanych nie mają szans, są za drogie w eksploatacji. Kurs dolara spada, w kraju wszystko drożeje, a tu nawet trudno o paliwo lotnicze. Ostatnio sprowadzaliśmy je z Polski, a część z Egiptu.

Czy to dobra praca? – pytam naiwnie.
- Są lepsze kontrakty niż Sudan – pada lakoniczna odpowiedź.

24-01-2006
Sudan



Easy peasy lemon squeezy

W przydrożnym i nieco obskurnym hoteliku, gotowy do snu, chciałem zgasić pulsującą, słabą żarówkę. Zacząłem szukać wyłącznika. Obmacałem wszystkie ściany w pokoju, ale nie znalazłem. Wyszedłem na zewnątrz, szukałem dalej, i dalej, ale też nie mogłem znaleźć. Po kilku minutach takiej inspekcji, zagadnąłem wreszcie właściciela – Chciałbym wyłączyć światło...
Ten o nic nie pytał, wszedł do pokoju, wskoczył na stołek i wykręcił żarówkę.

Zawsze najlepsza jest metoda najprostsza.



Można się zdziwić, uśmiechnąć, zapłakać. Ale postanowiłem, że nic mnie nie złamie w nowym otoczeniu, będę twardy.

Hotele w tych okolicach do luksusowych nie należą. Czasem na podłodze jest piasek, łóżko aż dymi od kurzu gdy się na nim siada, po dachu z palmowych liści chodzi kot albo szczur.

W „łazience” mamy do dyspozycji dziurę w ziemi, by się załatwić i wiadro, by się potem wykąpać. Czasem jest prysznic z zimną wodą. Zapach oczywiście w takim miejscu stosowny.

W małych mieścinkach nie ma prądu z elektrowni, trzeba go robić samemu, włącza się go na parę godzin wieczorem. Słychać więc buczenie generatorów, żarówki migają w ich takt.

W hoteliku jest jedyny telewizor na całą okolicę. Schodzi się więc dziatwa w piątkowy, świąteczny wieczór na seans. Siadam z tyłu, na plastikowym krześle. Widzę w pulsującym świetle zdjęte buty, dywan, białe odświętne, wyprasowane stroje, turbany, białe nakrycia głowy.

A co w telewizji? Amerykański wrestling czyli mięśniaki udające, że się biją, najlepsza piątkowa rozrywka.

Niestety w pewnym momencie wysiadło światło, przesilenie, trzeba na chwilę wyłączyć telewizor. Jęk zawodu wśród oglądających. Po chwili żarówka się rozjaśnia i znów można włączyć TV. Wrestling się skończył, teraz jakiś program o gotowaniu. Sudański Makłowicz w eleganckim stroju przyrządza pięknego kurczaka. Ale to też niewiele ma wspólnego z rzeczywistością.

Mikrokosmos

Podstawowym daniem w Sudanie jest rozgotowana fasola, rozgnieciona denkiem butelki po koli, w metalowej, z lekka przetartej misce. Do tego woda z metalowego kubka, który stoi tu od rana do nocy, wszyscy piją z tego samego. Czasem nawet gdy zostaje resztka płynu, kelner wlewa ją z powrotem do dzbanka.

Są mrówki, biegają po stołach w tę i z powrotem. W oczekiwaniu na jedzenie, obserwowałem ich życie i pełną mozołu krzątaniną w poszukiwaniu okruszków. Kelner, z petem w gębie, gmerał przed chwilą paluchami w smażonych rybach, teraz brudną szmatą wytarł cały ten mrówczy mikrokosmos i rzucił mi na ceratę okrągły chleb i miskę z fasolą.

O sklepach mięsnych już pisałem, w Sudanie można kupić chabaninę wprost z haków, lekko podsmażoną na słońcu lub podgotowaną w dusznym zapleczu.

Można też załapać się na święto, kiedy to w każdej zagrodzie zarzyna się barana. Idąc ulicą widać wiszące w bramach, zaczepione za nogi zwierzęta obdzierane ze skóry.

Po posiłku dobrze jest oczywiście napić się kawy czy herbaty. W Chartum kobiety sprzedające napoje siedzą na niskich stołeczkach, na ulicy czy chodniku, przed nimi stolik, przeważnie z tekturowego pudełka, metalowe puszki z kawą i herbatą, obok miska do płukania szklanek i plastikowy kanister z wodą. Jest też czajnik, na podstawce, podgrzewany w węglu i drewnie.

W lepszym lokalu kelner przed podaniem nam kawy, umyje sobie najpierw nogi w zlewie, obok naszego stolika.

Ale trzeba coś pić. Choć to zima, jest gorąco, nawet miejscowi się dziwią, raz było 38 stopni.

Poza tym trzeba przepłukiwać gardło, przepychać pył, który je blokuje.

Na szczęście wszędzie, ale to wszędzie jest pepsi czy coca-cola. Może to dla bezpieczeństwa żołądka? Rozpuszcza przecież wszystko.

50dinars

Zdziwić czy zirytować może wiele rzeczy. Już nie będę pisał o tym jak wyglądają ulice miasta po bazarze, o brodzeniu w workach foliowych i innych odpadach, tekturze i brudzie. Temat biurokracji zostawiam na inne okazje. O rządzie nie ma co, bo króluje nepotyzm, wzajemnie nadają sobie stanowiska i tytuły naukowe, panuje cenzura, zamyka się dziennikarzy za krytykę rządu itd. Sam się łapię na tym, że rozmawiając z Sudańczykami o polityce, instynktownie rozglądam się wokół czy ktoś nie podsłuchuje.

Na uniwersytecie w Chartum odnalazłem komórkę zajmującą się dziennikarstwem, ale też tylko po to, by dowiedzieć się, że po studiach o pracę w mediach ciężko – To nie jest sprawa tego co wiesz, tylko kogo znasz – mówili studenci. Poza tym żalą się, że tłucze im się do głowy samą teorię, nie zwracając kompletnie uwagi na praktykę. I co miałem powiedzieć Jaserowi czy Montasirowi, młodym studentom dziennikarstwa? Przecież u nas jest tak samo… Może dla chłopaków było to pocieszenie, dla mnie raczej nie.

W Sudanie zaskakuje wiele rzeczy. Pieniądze ciągle liczone są w starej walucie, chociaż dobrych kilka lat temu zmienił się system, wprowadzono denominację, obcięto jedno zero i zmieniono nazwę na dinara. Ale oczywiście wszyscy dalej liczą w funtach, podając sumy w tysiącach, kiedy dla mnie powinny to być setki.

Są też inne niespodzianki. W kolejnym maleńkim miasteczku, w knajpie dostaliśmy z rybą jakieś zielsko i zapytałem co to jest. Obok siedział Sudańczyk, młody chłopak, i czystą angielszczyzną z amerykańskim akcentem wyjaśnił, że to watercrest, podając jeszcze jankeską nazwę. Mówił nowojorskim slangiem, chociaż nigdy nie był za granicą. Zafascynowany telewizją ogląda ją 10 godzin dziennie, cytuje filmy, odzywki, powiedzonka typu easy peasy lemon squeezy, czy jesteś taki słodki, że chyba zażyję insulinę.

Nazwałem go 50dinars, od amerykańskiego 50centa, choć na imię miał Muhammad, jak prawie każdy inny mieszkaniec tych stron. Jest nawet dowcip, jeżeli chcesz zagadać do dziewczyny mówisz po prostu – O cześć! Ty jesteś siostrą Muhammada, prawda? – i masz 90 procent szansy, że w rodzinie jest jakiś Muhammad.

Ale oczywiście to kraj muzułmański i tak po prostu zagadać nie jest łatwo. Pęta kulturowe, potrzebna jest zgoda rodziny na spotykanie się, wymagania wobec kandydata są wygórowane, przede wszystkim chodzi o pieniądze.

Poza tym na północy Sudanu jest jeszcze jeden mroczny zwyczaj. Dwuletnim dziewczynkom usuwa się łechtaczki, by zredukować w przyszłości przyjemność i popęd seksualny, zachować czystość. Choć jest to prawnie zakazane okaleczenie, protestują i uświadamiają lekarze, ciągle się takie operacje po kryjomu w domach przeprowadza.

Nasi



W transporcie królują pikapy, głównie toyoty. Ale w bocznej uliczce, na podnośnikach stoi polonez truck. Dobre auto – mówi mechanik – tylko części brak. Truck jest z Nysy, wyprodukowany koło mojego domu, mechanik pyta więc o adres FSO lub FSD, musi zamówić jakieś sprężyny, lecę więc z pamięci – Fabryka Samochodów Dostawczych, Szlak Chrobrego 6, 48-300 Nysa, choć tam już się chyba nic nie produkuje.

W Sudanie na bazarze można kupić polskie krówki, wyrób z Raciborza, jakby ktoś pytał. Ba, stacjonują tu nawet polskie samoloty, ale o tym później.

Dziwów jest więc wiele. Dokładają się też inni Europejczycy. W miejscowości Dongola pojawił się pewnego dnia traktor prowadzony przez dziewczynę. Proste - czwórka młodych Holendrów z ciężarówką, ciągnikiem i psem przygarniętym w Kosowie, odwiedza w Afryce organizacje humanitarne, wszędzie docierając swym zielonym rolniczym pojazdem. Mówią, że chcą go zabrać na południowy biegun (www.tractortractor.org).

Cóż, ludzie mają różne pomysły. Jakoś można nad tym przejść do porządku dziennego.

Właściwie wszystko to jakoś można przełknąć, z gęsią skórką, czasem ze śmiechem czy ze skrzywieniem, ale jednak.

Jedna rzecz

Jest tylko jedna rzecz, która będzie mi się śnić po nocach. Najbardziej kosmiczna z surrealistycznych. Taka, której mózg nie może tak po prostu przyjąć.

Poszedłem w Chartum odwiedzić poznanych Węgrów, którzy zatrzymali się na kempingu. Siedzimy, pijemy kawę, podchodzi do nas Sudańczyk z krwi i kości, w białej lśniącej galabiji, o brązowej skórze i kruczoczarnych włosach i wąsach.

Podchodzi i uderza w te słowa:
-   Czeszcz, szłyszałem, sze jeszteszcze ż Budapesztu.

I zaczyna nawijać dalej po WĘGIERSKU…



19-01-2006
Sudan



Autobus

Z chmury pyłu wyłoniła się ciężarówka: solidnej konstrukcji, stary brytyjski bedford przerobiony na autobus, z metalową budą z tyłu i wąskimi siedzeniami, wymalowany na żółto i niebiesko. Zatrzymał się z chrzęstem i od razu doskoczyło do niego kilku miejscowych, wdrapując się na dach i podając sobie bagaże. Mieszali w walizkach i workach z fasolą, butlach z gazem, kartonowych pudełkach, zmieniają konfigurację, układając tak by wszystko zmieścić. Pomyślałem, że byliby całkiem nieźli w tetrisa, gdyby tylko klocki dało się wiązać sznurkiem i dociskać kolanem.



Po kilkudziesięciu minutach kierowca zaczął bawić się klaksonem, wygrywając na nim przeróżne melodie. To czas by ruszać.

Usadowiłem się na ostatnim siedzeniu, pomiędzy walizkami i beczącymi owcami, wykładając nogi na worki z fasolą.

Tutaj nie ma normalnych dróg. Jedzie się między skałami po piasku, czasem po kamieniach, najczęściej po śladach poprzednich pojazdów. Na pierwszym biegu mozolnie wspinając się pod górę, i pędząc po dziurach.

Jechaliśmy po tak wyboistej drodze jak tylko można sobie wyobrazić, albo nie można. Po prostu drabina z powyłamywanymi szczeblami, czasem tak wielkie rozpadliny, że głową waliłem w sufit, a potem z chrzęstem opadałem na siedzenie.

Kierowca co chwilę robił przerwy by dolewać wody do gotującej się chłodnicy, a w moim żołądku rewolucja. Bolał brzuch i głowa. Na przemian. Jakbym miał żyletki w mózgu, tnące za każdym razem gdy wjeżdżaliśmy w dziurę. Czasem nawet się cieszyłem, gdy walnąłem się w kolano, bo wtedy nie czułem już nic innego. Żołądek bulgotał i za wszelką cenę chciał się pozbyć swojej zawartości, każdą dostępną mu szczeliną.

Właściwie to czułem się jak po dobrym sylwestrze, z tą różnicą, że nie wypiłem ani kropli alkoholu. Generalnie symptomy te co zwykle po mocnej imprezie. I pomyśleć, że wystarczyło sobie siedzieć w domu, trochę pomieszać - sączyć piwo, wino i wódkę, a na koniec zagryźć chipsem, by ten sam stan osiągnąć.

Było coraz zimniej, zachodziło słońce, wiatr się wzmagał. Wiało gęstym pyłem, aż zatykało w płucach.

W tym roku przegapiłem Święta, ale w świetle jednej małej żarówki, niczym pierwszej gwiazdki, rozświetlającej kabinę było coś z bożonarodzeniowego nastroju. Z tyłu beczące zwierzęta i czarni goście w turbanach palący papierosy, niczym trzej królowie z kadzidłem. Jeden szczerbaty. Może czekał na złotego zęba. Owinięci w koce. Noc i tylko ryk ciężarówki na pustyni. Węgrzy, z którymi podróżowałem - zarośnięty, brodaty Ambrusz, obok Żuża, która przygarnęła na kolana małego Murzynka, owijając go kocem.

Takie nasze małe Betlejem na kółkach. Wtedy dopiero poczułem Święta.

Ta jazda nie miała końca. Próbowałem zasnąć i śniło mi się, że ciągle jadę. Rzucało na wszystkie strony. Teraz już wszystko się zlewało, Święta, Sylwester, jeszcze trochę i będzie Wielkanoc.

I już nie wierzyłem, że dojedziemy. Chyba mi się śniło, że tak zostanie, że już do końca życia będzie trzęsło, a żołądek będzie się domagał secesji od reszty ciała. Nie będzie już innej rzeczywistości, życie będzie się tutaj toczyć. Nikt nie wie jak to jeszcze daleko, nawet kierowca. Padały jakieś liczby, od 8 do 20 godzin, nigdy nie wiadomo. Godziny wiły się, były nieskończone. Świat skumulował się w tym jednym momencie, nie było wyjścia, trzeba pogodzić się z losem. Bolało, ale nie narzekałem, nikt nie narzekał, nie marudził, nawet się nie krzywił. To nie miało sensu, to by przecież nic nie zmieniło.  

I starałem się wmówić sobie, że nie jest źle, bo przecież inni mieli jeszcze gorzej. Tacy Staś i Nel na przykład. Bidulki musieli się przez te okolice na wielbłądach przeprawiać, pod lufami karabinów.

17-01-2006
Sudan



Z życia afrykańskich urzędów: Ministerstwo Turystyki w Chartum

Obcokrajowiec nie może poruszać się swobodnie w Sudanie. By dotrzeć do niektórych miejsc potrzebne są specjalne pozwolenia. Które to miejsca i gdzie zdobywa się uprawnienia - tego właśnie próbowałem się dowiedzieć.

Błądząc uliczkami w poszukiwaniu urzędu trafiłem do biura turystycznego, skąd wysłali mnie prosto do Ministerstwa Turystyki – Tam udzielą ci wszelkich informacji – zapewnił mnie pracownik.
Skoro tak…
Opuściłem centrum zatłoczonego miasta i ruszyłem na południe, zgodnie ze wskazówkami. Stanąłem wreszcie przed trzypiętrowym budynkiem, ukrytym w podwórzu, zasłoniętym drzewami.

Na szyldzie widniał kolorowy napis: Ministerstwo Turystyki i Dzikiej Przyrody. Wcześniej sprawdziłem w przewodniku, tam ministerstwo nazywało się Turystyki i Środowiska. Na ulotce, którą zaraz otrzymam będzie napis: Turystyki i Dziedzictwa Narodowego. Chyba gdzieś jeszcze widziałem inne wersje. Zdaje się, że nie ma tej turystyki do czego przyczepić, albo czego przyczepić do turystyki.

Przed bramą wygrzewali się żołnierze z kałasznikowami, ale nawet na mnie nie spojrzeli gdy wchodziłem do środka.

W wejściu siedział człowiek ubrany w zwiewną koszulę, powiedziałem, że szukam informacji turystycznej – Proszę siadać, zaraz ktoś się panem zajmie.
Zapytał jakąś kobietę, pokazując na mnie, ale ta uciekła w popłochu, udając, że ma ważniejsze sprawy na głowie. Siedziałem więc na fotelu, w korytarzu, przyglądając się wyblakłym zdjęciom wielbłądów i dużemu plakatowi, przedstawiającemu portrety różnych mieszkańców Sudanu z angielskim podpisem: Jedność w różnorodności.

Korytarzem kręcili się urzędnicy, w luźnych eleganckich koszulach i spodniach, ze złotymi zegarkami, kobiety miały mocne makijaże. Siedziałem sporą chwilę, aż wreszcie ktoś się zlitował i skierował mnie na drugie piętro mówiąc, że tam jest departament pozwoleń.

Ciemny korytarz, pootwierane biura, leniwie kręcące się wiatraki u sufitu, komputery z kolorowymi tapetami. Zagadnąłem urzędnika, starszego jegomościa:

- Dzień dobry, ja w sprawie pozwolenia na podróżowanie, chciałem się dowiedzieć gdzie mogę pojechać, a gdzie nie.

- Dzień dobry, ale to nie tutaj. Departament pozwoleń jest w centrum miasta, tam powinni wszystko wiedzieć.

- Pięknie… A macie chociaż mapę, żebym znów nie zabłądził?

- Powinni mieć w dziale marketingu.

Ruszyliśmy więc na koniec ciemnego korytarza, trafiając do pokoju z dwoma kobietami. Młodsza układała pasjansa na komputerze, starsza, z mocnym makijażem, w bielusieńkiej sukni, wyraźnie zmęczona, za biurkiem, siedziała i wzdychała. Obok niej, na pustym blacie leżała tylko torebka, jakby już gotowa do wyjścia do domu.

Wiatrak się kręcił i kołysał, słabo przytwierdzony do sufitu, ale pewnie nawet gdyby się urwał, spadł i wykręcił dziurę w podłodze, nikt by się nie przejął.

- Ja w sprawie mapy Chartum.

- Osoby odpowiedzialnej za mapy dzisiaj nie ma.

Po kilku minutach znalazł się jednak klucz do metalowej szafy, która stała na balkonie. Zobaczyłem, że jest pełna jakichś broszurek. Młodsza kobieta, na polecenie starszej, zaczęła w nich grzebać. Po kilkunastu kolejnych minutach zostałem obdarowany ulotką o nurkowaniu w Morzu Czerwonym, i drugą, mówiącą, że jestem w Sudanie jak najbardziej mile widzianym gościem, a ruch turystyczny sukcesywnie się zwiększa.
Wreszcie znalazła się jakaś mapa. Otworzyłem ją, ale był to jedynie ogólny plan miasta, bez zaznaczonych mniejszych ulic. Przyjrzałem się bliżej i trochę skrzywiłem.
- Co, po arabsku? Hi hi – zaśmiała się urzędniczka, widząc moją skonsternowaną minę – Przepraszam.

I zastygła w tej pozie, patrząc tylko na swoją czekającą torebkę.




15-01-2006
Sudan



Musa

Siedzieliśmy w małym prostym lokaliku, pośrodku bazaru w mieścince Abri nad Nilem. Barman (tak zwany przeze mnie) mył szklanki w misce, a właściwie tylko je płukał w mętnej wodzie, sypał herbatę ze słoiczka, dodając jakieś przyprawy, nadając napojom smak piernikowy, ostry, aromatyczny.

musa

Obok mnie Musa, który twierdził, że ma 56 lat, choć wcale nie wyglądał na tyle. Czekoladowa skóra, białe zęby, chusta na głowie i okulary przeciwsłoneczne. Snuł opowieści o legendarnych skarbach zakopanych w tej ziemi, mówiąc po angielsku z mocnym akcentem. Starałem się wsłuchać w jego słowa, wyłapując znaczenia.
Twierdził że, gdzieś w okolicy jest skała, a w niej drzwi, które trzeba odnaleźć, zapalić przed nimi kadzidło i przeczytać imię Boga, siedem razy. Drzwi się otworzą, ukazując ukryte we wnętrzu skały skarby.

Mówił powoli, z namysłem, próbowałem rozszyfrowywać co ma na myśli, zlokalizować w przestrzeni miejsca, o których wspominał. Nie do końca rozumiałem, ale to jeszcze bardziej nadawało tym opowieściom tajemniczości. Było w nich coś z magii.

A potem zeszliśmy na ziemię.

Musa zaprosił mnie do wioski gdzie mieszka jego rodzina. Szliśmy przez pole z piasku. W tumanach kurzu minął nas traktor. Jak tutaj można cokolwiek uprawiać, na tak suchej i nieurodzajnej ziemi? – To jest ciężkie życie – powiedział Musa - Pracując na farmie, wieczorem czuje się każdy mięsień.

Sam utrzymuje gromadkę dzieci i 3 żony, które mieszkają w różnych miejscach, rozsianych po całym Sudanie. Kiedyś było łatwiej, mieszkali na południu, miał stado krów, ale potem musiał się przenieść. Zawierucha wojenna? Nie chciał powiedzieć. Teraz najmuje się do pracy. Pokazuje zniszczone ręce.

Szliśmy przez płaską przestrzeń w pyle, by wreszcie zobaczyć kwadratowe zagrody i brązowe, gliniane domki, oddalone od siebie o kilkadziesiąt metrów. Minęliśmy grupkę ludzi z plastikowymi kanistrami z wodą. Potem następną zagrodę, Musa uśmiechnął się – Nazywamy ją Chiny, bo mieszka tu całą wielopokoleniowa rodzina, masa ludzi.

Wokół wałęsały się psy. Dotarliśmy do domku na końcu osady, przestrzeni ogrodzonej dwumetrowym glinianym murem, stanęliśmy przed metalowymi, niebieskimi podrdzewiałymi drzwiami zamykanymi na kłódkę. Weszliśmy do środka. Zobaczyłem murowane, ciemne pomieszczenia kryte palmowymi liśćmi, po małym podwórku biegały kury. W pokoju gdzie zatrzymał się Musa, podłoga była z ubitej ziemi, stały dwa metalowe łóżka ze starymi, brudnymi materacami. Pod dachem podczepione kosze, w których gnieździły się gołębie, na środku stał stolik, a na nim niewielkie radyjko na baterie, niezbyt dobrze nastrojone, grające cztery stacje na raz.

Gospodarzem był Muhammad, krewny Musy, trzydziestolatek z dwoma żonami. Uśmiechał się serdecznie, ale mówił, że trochę mu głupio, bo są biednymi ludźmi, mieszkają skromnie, a tu gość z zagranicy...

- Dlaczego głupio? Liczy się duch, a nie pieniądze – starałem się jakoś zniwelować jego poczucie winy.

Wyszliśmy na dwór, było już ciemno, zasiedliśmy pod milionem gwiazd, rozmawiając. I wtedy na stoliku pojawiła się taca z jedzeniem. Baranina, ziemniaki w sosie, pomidory, syrop daktylowy z sezamem, banany i płaski chleb.

Próbowałem odmówić, jakoś się wykręcić, nie nadużywać gościnności. Ale się nie dało. Bardzo chcieli się podzielić tym co mają.

Przy świetle latarki, siedzieliśmy wokół stolika, maczając chleb w sosie i wkładając do ust.

- Nuba to moje plemię – mówił Musa – jesteśmy rozsiani po całym Sudanie, ja jestem ze szczepu Czad. Połowa rodziny jest chrześcijańska, druga muzułmańska. Mówimy różnymi językami. Ale ja chciałbym kiedyś wrócić do Kululu, w moje strony. Mimo iż jestem muzułmaninem, ciągle są tutaj tarcia między nami a Arabami, rząd nie robi nic by nam pomóc. Ci ludzie mieszkają tu od 12 lat, a ciągle nie mają prądu, ani szkoły.

Mówił, że nie chciałby tu budować prawdziwego domu, myśli o powrocie na południe.

- Tylko najpierw muszę znaleźć ten skarb ukryty w skałach, o którym ci opowiadałem – uśmiechnął się gorzko.


13-01-2006
Sudan



Z życia afrykańskich urzędów: Rejestracja

Specjalnie dla czytelników Serwisu Samorządowego Laudator rozpoczynam mały cykl pt. Z życia afrykańskich urzędów. Mam nadzieję, że zdarzenia tu opisane nigdy nie będą miały miejsca w Polsce.


Sudan słynie ze swojego zamiłowania do biurokracji. Może to chlubne i zaszczytne, że jego władze chcą mieć porządek i wiedzieć wszystko, ale praktyka nie zawsze nadąża za światłymi wizjami polityków ze stolicy.

Każdy obcokrajowiec, w trzy dni po znalezieniu się w tym kraju musi stawić się w specjalnie do tego przeznaczonym urzędzie, by się zarejestrować.

Wydaje się, że nie ma nic prostszego. Ale tak się tylko wydaje.

W przygranicznym miasteczku Wadi Halfa, promowej przystani, udajemy się do biura. Choć jest ono dla obcokrajowców, napisy są wyłącznie po arabsku. Widzimy jednak flagi i mundury, więc można zgadnąć, że to budynek rządowy.

Wchodzimy na dziedziniec, cieszymy się widząc urzędnika, ale ten twierdzi, że jest już po godzinach, a poza tym on nic nie wie o żadnej rejestracji - Wróćcie rano.

Tak też robimy. Na dziedzińcu tłoczno, Egipcjanie, Afrykanie, i najbardziej zagubieni ze wszystkich Europejczycy.

W jednym z okienek dostajemy formularz do wypełnienia. Konieczna jest też kopia wizy, pieczątek oraz strony ze zdjęciem z paszportu. Ksero, jedyne w promieniu co najmniej 100 kilometrów, winduje ceny, wydając blade, ledwo widoczne odbitki. Potrzebne jest też zdjęcie paszportowe, jeśli go nie masz, to koniec, odpadasz z gry. Najbliższy punkt fotograficzny jest w Egipcie, 200 kilometrów stąd, czyli półtora dnia promem po Nilu.

Wreszcie wypełniamy formularz. W rubryce zawód wpisuję „Barman”, na co Anglik siedzący obok się zatroskał. Martwiąc się, żeby mnie nie wyrzucili z kraju, zapytał czy wiem, że to jest kraj muzułmański i alkohol jest zabroniony…
- No właśnie, jestem więc jak najbardziej nieszkodliwy – zaśmiałem się – Nie chcę się tłumaczyć, że mam coś wspólnego z dziennikarstwem, to dopiero mógłby być problem.

Przy drewnianych biurkach siedzi kilku urzędników, każdy ma pieczątkę, i nic więcej. Niektórzy w mundurach, inni po cywilnemu.

Kolejność zdobywania stempli i podpisów jest ściśle określona, zaczyna się więc ping-pong i bieganie z jednego pomieszczenia do następnego. Potem przejście przez dziedziniec do urzędnika wojskowego, ale najpierw muszą go znaleźć, wysyłają od drzwi do drzwi, wreszcie coś nam wypisują na formularzu, i odsyłają z powrotem do biurek. Kolejny policjant, pieczątka trzask. Kolejny cywil, trzask.
W następnym pomieszczeniu się płaci. Z sejfu wyciągają znaczki, które naklejane są na formularze. Na wielkim kalkulatorze pojawia się liczba 6800, to w dinarach, zabójcza kwota 30 dolarów. Kto nie ma takiej sumy przy sobie, czeka go jeszcze wycieczka do banku naprzeciwko, by wymienić pieniądze i postać w kolejce.

Kolejny urzędnik sprawdza znaczki, przekreśla je i kieruje do kapitana, czyli najwyższego rangą w tym urzędzie. Wreszcie upragniony podpis i deklaracja, że jesteśmy zarejestrowani.

Po kilku godzinach biegania od urzędnika do urzędnika jesteśmy wolni. Aż do wjazdu do następnego miasteczka, gdzie znów trzeba będzie się rejestrować, choć już bezpłatnie, jak zapewniono.

I wszystko w przyjaznej atmosferze, choć w oparach absurdu, bo przepływ informacji jest żaden. Może gdzieś te zdobyte dane są wysyłane, gromadzi się zdjęcia, buduje archiwum, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć. Od stolicy dzielą nas tysiące kilometrów pustyni, pociąg wypchany ludźmi i towarami jedzie 3 dni, i komu by jeszcze przyszło do głowy, żeby wozić nim papiery?

Na koniec, jakby chcąc rozluźnić atmosferę, urzędnik skierował do Japonki, która także przeszła całą procedurę, pytanie - Co, u was rejestracja trochę inaczej wygląda? Komputery, tak? Klik, klik i gotowe – po czym roześmiał się rubasznie. Dziewczyna tylko skinęła nieśmiało.

09-01-2006
Sudan



Prom

Sto lat temu Winston Churchill pisał, że Sudan połączony jest z Egiptem i resztą cywilizacji przez Nil, tak jak nurek połączony jest z powierzchnią przez rurkę z powietrzem. Cóż, od tego czasu technika się rozwinęła i nurek może już swobodnie poruszać się pod wodą, bez rur łączących go z lądem czy statkiem. Wydaje się jednak, że Sudan nadal ma tylko to jedno, jedyne połączenie ze światem.

prom

Nie ma innej drogi niż wodna, by dostać się do tego kraju z północy. Co prawda są jeszcze szlaki przez pustynię dla karawan, ale niedostępne zwykłym śmiertelnikom.
Czekaliśmy więc na prom, który miał nas zabrać w tę pełną niepewności podróż. Jeszcze w porcie pierwsze sprawdzanie paszportów i prześwietlanie toreb, bez przekonania, od niechcenia, ale zawsze niepewnie człowiek się czuje.

Sudan, który przez dziesięciolecia toczony był wojną domową między północą a południem, ciągle jeszcze nie wyrwał się do końca z pęt przemocy. Choć jest bezpiecznie, od dwóch lat panuje pokój, to jednak co chwilę sytuacja destabilizuje się, jak teraz w Darfurze, na zachodzie kraju. Nie wszędzie więc można dotrzeć swobodnie, potrzebna jest rejestracja, pozwolenia i pieczątki.

Na przystani jednak pojawiła się grupka backpackerów, ludzi z plecakami, z całego świata.

Charles z Brazylii, o rysach europejskich, z niemiecko-włoskimi korzeniami, o jasnym kolorze skóry i z zarośniętą twarzą. Zmierza do Kapsztadu, mówi, że chciałby napisać książkę o tej podróży. Jedną ma już na koncie, 13 miesięcy spędził w Indiach, Chinach i okolicach. Podobno nieźle się sprzedawała (3000 egzemplarzy, tak jak w Polsce, w Brazylii to też jest dużo) i stąd pieniądze na afrykańską przygodę (www.charlespelomundo.com.br).

Obok Nick z Leeds. Opuścił Matkę Anglię 4 lata temu i ciągle się włóczy - Australia, Ameryka Południowa, Azja… Dalej Andreas, sympatyczny, nieco jąkający się pracownik opieki społecznej z Niemiec. Joko, Japonka podróżująca samotnie, maleńka nieśmiała osóbka, z jeszcze mniejszym plecaczkiem. Ambrusz i Żuża, Węgrzy, geolog i pracownica biura turystycznego na wakacjach. Sudan zawsze był dla nich marzeniem. Była też para Holendrów, dziewczyna dosyć ładna, oczywiście w porównaniu i na tle dotychczasowych obserwacji, ale niecierpliwa, znudzona i zdegustowana.
Oprócz tego kilka innych osób o jasnym kolorze skóry, pomiędzy przepychającym się do środka tłumem.

Wreszcie ruszyliśmy na statek, niewielką jednostkę, która miała pomieścić ponad 500 osób i tony bagażu.

Na górze kabiny pierwszej klasy z łóżkami, pod pokładem druga klasa, pomieszczenia z drewnianymi ławkami i duchotą. Ludzi ciągle przybywało. Niby czas odpłynięcia wyznaczony był na 10, ale minęła 11, potem 12 i nie ruszyliśmy się ani o centymetr.
Trwało natomiast wielkie pakowanie - torby, ładunki, skrzynki, butle, ktoś z lodówką na plecach. Ciągle podjeżdżały samochody, całe wyładowane pomidorami i cebulą, zatrzymując się kilka metrów od brzegu, okrążane przez ludzi, niczym mrówki przepychające się, każdy po swoje dwie skrzyneczki. Nieskończona ilość towarów - telewizory, mąka, cukier, puszki 7up, ładowali to wszystko do środka, pchając się przez wąski korytarz do ładowni.

Niektórym niecierpliwym Europejczykom przychodziły na myśl niedorzeczne w tym otoczeniu pytania - Dlaczego nie można było ustalić godziny odpłynięcia na przykład na 14? Mieliby czas spokojnie to wszystko załadować, nie musieliby się przedzierać przez tłum ludzi.

Ale tu nie ma systemu, tu nasze pojęcie czasu się zagina i przestaje istnieć. Czekanie. Czekanie. Cierpliwość to w Afryce religia – tak mówią.

Pod pokładem już gęsto, ledwo można się przedrzeć. Murzyni ze słuchawkami, w słonecznych okularach. Kobiety w kolorowych kontrastowych sukniach, dzieci i masa toreb, tekturowych pudeł obwiązanych sznurkami, plastikowe worki pełne ubrań.

Siedzieliśmy więc na pokładzie, na dachu mostku kapitańskiego.

Australijczycy wciąż na brzegu, czekali na swoją kolej z motocyklami. Byli z Perth, od razu poznałem po rejestracji. Wcześniej powiedziałem im, że niesamowicie zazdroszczę, że są na motorach. Teraz oni krzyczeli, że mnie nienawidzą – za to że nie jesteś na motorze!

Zagęszczał się też pokład. Ludzi coraz więcej, rozkładali koce i pakunki na metalowej podłodze. Wyglądaliśmy już jak statek z uchodźcami, który jednak nie płynie w tym kierunku co trzeba.

Węgierka niosła herbatę, ja robiłem się głodny, Brazylijczyk biegał z kamerą, może dołączy ten materiał do książki.

Jeszcze dwie ciężarówki do rozładowania i właśnie przyjechała następna.

Australijczycy wreszcie się doczekali. Wjechali motorami do środka. Tylko po to, by musieć za chwilę z niego wyjechać. Kapitan powiedział nie. Pojazdy transportuje się barką, płynącą tylko dwa dni dłużej niż my, którzy mamy spędzić na wodzie dzień i noc.

Ruszyliśmy wreszcie o 17 czy 18, zabijając czas, snując podróżnicze opowieści. Każdy miał jakąś – o biegunce na granicy pakistańsko-irańskiej, o ataku piranii w Ameryce Południowej, kacu po piwie w Australii. Okazało się, że czytamy te same książki, oczywiście podróżnicze – króluje Bryson, znany jest Theroux. I był to moment, kiedy wreszcie można sobie uświadomić, że jest się wśród swoich, na chwilę, bo potem każdy ruszy w swoją stronę, swoim tempem.

Po nocy na podłodze pod pokładem, zwlokłem się obudzony kłótnią między dwoma pasażerkami. Ostatnie egipskie drobniaki wydałem na kilka szklaneczek kawy, by jakoś w miarę świadomie stanąć po południu na brzegu w Sudanie, i w niemiłosiernym słońcu stąpać po betonowym pomoście w stronę piaskowych skał.

Ten pomost to ostatnie metry utwardzonej drogi, przez najbliższe kilka dni tylko kurz i pyl i piasek.


06-01-2006
Sudan