Podróżologia Stosowana w TOK FM
Zapraszam do słuchania TOK FM - w piątek 2 czerwca od 20h rozmawiamy o Demokratycznej Republice Konga. Hmm...
01-06-2006
Kongo
Mętne światło w jądrze ciemności
Wokół gęsta, wilgotna mgła oblepiająca opuszczone budynki, małe domki z ziemi i patyków. Wioska widmo. W zawieszonej nad ziemią wilgoci nic się nie porusza. Cisza dzwoni w uszach. Po chwili jednak, z krytej strzechą lepianki, powoli, nieufnie wyłania się postać starszego człowieka, przygarbionego, w marynarce i białej koszuli. To szef lokalnej społeczności. – Jestem w niedzielnym ubraniu, wtedy uciekaliśmy przed naszymi żołnierzami, nie mam nic innego… – powiedział Samuel Mugenyi, przedstawiając się jako jeden z niewielu, którzy dziś powrócili do swych domów - Ludzie uciekli, chroniąc się w sąsiednich wioskach, widząc podejrzane i agresywne zachowanie wojska, wycofującego się po przegranej bitwie z rebeliantami.
Pięciotysięczne Bogoro w prowincji Ituri, w północno-wschodniej części Demokratycznej Republiki Konga, straszy dziś pustką. Przez całą noc padał ulewny deszcz, rozmiękczając i tak nienajlepsze drogi w okolicach, pozostawiając błotne kałuże. Wokół tylko małe poletka, a w domach gliniana podłoga, miski, beczki z wodą, może rower, coś co można sprzedać, zamienić na sól i olej, trochę ubrań, radio na baterie.
– I to nasze wojsko… - mówi Mugenyi - Żołnierze zachowywali się agresywnie, strzelali w powietrze, szukali młodych ludzi, podejrzewając ich o współpracę z partyzantami, aresztując czterech miejscowych. Zaczęli też plądrować domy, kraść pieniądze i jedzenie.
Szef pokazuje dziury po kulach w nędznych chatkach, rozbite naczynia i bałagan jaki zostawili szukając łupów. - Ja też byłem zatrzymany – mówi – Znaleźli u mnie 25 dolarów, całe moje oszczędności. Wszystko zabrali. Wszystko stracone – dodaje rozgoryczony.
Hotel
Kongijska armia walczy z rebeliantami wspieranymi przez Ugandę, pragnącymi przejąć kontrolę nad bogatym w złoża regionem Ituri. Armia nie jest jednak jednolita, większość z żołnierzy sama jeszcze niedawno była rebeliantami, walczącymi w wojnie domowej. Integracja armii przebiega z trudnościami. Żołnierze nie są dobrze wyszkoleni ani zmotywowani. W Bunii punkt płacenia żołdu zorganizowany był przydrożnym, tanim i mrocznym hotelu. Codziennie na werandzie, tuż pod naszym oknem, siedziało kilku żołnierzy, z karabinami i miotaczem granatów. Wciśnięci w kąt, gryzący się z myślami, jadący na front, palący papierosy, młodzi chłopcy w przydługich mundurach. Podporucznik Lokando Bahati rozpoczął swą militarną karierę w wieku 18 lat. Dziś po dziesięciu latach służby dostaje 32 dolary miesięcznie – Musimy bronić swego kraju – mówi, choć bez przekonania.
Przed kwaterą główną dowództwa siedzący żołnierze bawią się telefonami komórkowymi. W środku, w ciemnym pokoju, przy pustym biurku i skrzypiących drzwiach przyjmuje nas kapitan Charles Boyeka, opowiadając o sytuacji na froncie.
- Partyzanci są coraz mocniejsi i coraz bardziej zorganizowani, walka z nimi nie jest prosta, gdyż używają kobiet i dzieci jako żywych tarcz – mówił kapitan – Mają też miotacze granatów i ciężką broń. Uzbrojenie pochodzi z Ugandy, choć ta się nie przyznaje, w Kongu powszechnie wiadomo, że wspiera lojalne jej bojówki. W ciągu ostatnich kilku lat Uganda już dwa razy wprowadziła tu swe wojska, grabiąc złoża, ciągle podsycając międzyplemienne waśnie we wschodnim Kongu. Miała swój udział w krwawych walkach i ludobójstwie między Hema i Lendu, wspierając raz jedną, raz drugą stronę.
Według szacunków obecnej tu ONZ (MONUC) rebeliantów w rejonie na południe od Bunii może być 1000-2000, kapitan mówi o 200-300 ludziach.
– Bardzo dobrze znają okolicę, ukrywają się w górach. MONUC nie może strzelać z helikopterów, bo partyzanci chowają broń i udają rolników, gdy tylko słyszą nadlatujące maszyny – mówi kapitan Boyeka – Chodzi im o kontrolę nad regionem, władzę i złoto. Czasem tłumaczą to pokrętną ideologią, a czasem po prostu ukrywają przestępców wojennych.
Popełniamy błędy
Żołnierze ze straży przybocznej generała Boba Ngoie Kilubi wydawali się bardzo pewni siebie. Siedzieli przed kwaterą główną MONUC, czekając na dowódcę ustalającego szczegóły wspólnej operacji przeciwko rebeliantom. Żarzyły się papierosy, żołnierze wyluzowani, śmiali się i rozmawiali o dziewczynach, ściskając w rękach karabiny owinięte taśmami z nabojami. Młodzi chłopcy, ale w pełnym bojowym rynsztunku, bawili się w balansowanie i chodzenie po metalowej barierce, jakby mieli za mało wrażeń.
Wspólna operacja FARDC i MONUC przeciw rebeliantom rozpoczęła się 27 lutego. Po kilku dniach ofensywy sytuacja zaczęła się jednak wymykać z rąk. Kongijskie wojsko złożone jest w dużej części z byłych rebeliantów, pochodzących z różnych ugrupowań. Nie jest jednolite. W środę w miejscowości Aveba doszło do buntu. Grupa żołnierzy wysłana na front ze słabym uzbrojeniem, usiłowała zabić generała Boba, który zdołał jednak uciec, chroniąc się w siedzibie ONZ w Bunii. Wywiązała się walka w wyniku której zginął jeden żołnierz, a 31 zostało rannych. Zbuntowana grupa zaczęła plądrować bazę MONUC szukając jedzenia i pieniędzy.
- Popełnili błąd – przyznaje kapitan Boyeka – ale już zostali rozbrojeni i przeniesieni.
Teraz, kilka dni później, po zamachu twarze młodzieńców ze straży przybocznej nie były już takie same. Prosili tylko o papierosy, zaciągając się nimi w milczeniu.
- Zła sytuacja – mówi kapitan Boyeka – Musieliśmy wycofać się po błędzie naszego komanda, rebelianci przejęli kontrolę nad Avebą. Próbujemy odzyskać stracone pozycje, stawiamy blokady na drodze, powoli posuwając się naprzód, ale partyzanci próbują nas okrążyć i na nowo zaskoczyć.
Kapitan potwierdza doniesienia o dotychczasowych 11 rannych i 3 zabitych żołnierzach w starciach z rebeliantami. Mówi, że nie ma zabitych cywilów.
A co jeśli rebelianci postanowią uciec do sąsiedniej prowincji Północnego Kivu, tam się ukryć, na nowo zorganizować i znów uderzyć? – Wysłaliśmy informację do dowództwa tego regionu, żeby zatrzymali uciekających rebeliantów, ale nie ma koordynacji działań między nami - przyznaje kapitan.
MONUC
Po ostatnich zajściach, buncie wojska, nie mogąc w pełni polegać na kongijskim partnerze, ONZ wstrzymała swój udział w operacji w rejonie Bunii, czekając aż lokalna armia się zreorganizuje.
- Pozostawiliśmy tam około 500 swoich żołnierzy – mówi Muhammad Wahab, oficer prasowy – Ale jest to tylko aktywne czekanie. Jesteśmy w stałym kontakcie z FARDC, konsultujemy wszelkie posunięcia. Patrolujemy teren ze śmigłowców.
Rozmawialiśmy, na terenie kwatery głównej MONUC, obok biały budynek dowództwa, a wokoło kontenerowe domki, służące jako biura. Całość strzeżona przez urugwajskich żołnierzy. Muhammad Wahab mówił o MONUC i jego sprecyzowanym mandacie – pomóc krajowi w okresie przejściowym, zapewnić pokój i stabilność, oraz asystować w zorganizowaniu wolnych i sprawiedliwych wyborów. Od czerwca 2003, po uzgodnieniach w Sun City kończących wojnę, kraj ma tymczasowego prezydenta i 4 wice, przedstawicieli głównych graczy konfliktu. Uzgodnienia te były oficjalnym końcem wojny domowej, między rządem wspartym przez Angolę, Namibię i Zimbabwe, a rebeliantami wspieranymi przez Ruandę i Ugandę. Cały konflikt trwający od 1998 roku, nazwany pierwszą afrykańską wojną światową, pochłonął wyniku głodu, chorób i walk 3.8 miliona osób, głównie dzieci.
Działająca w Kongu misja ONZ to najdroższa dotychczasowa misja pokojowa (z budżetem około 700 milionów dolarów rocznie), w której zginęło ponad 60 żołnierzy w błękitnych hełmach. ONZ utrzymuje w całym kraju ponad 16 tysięcy żołnierzy i wydaje się być spoiwem, które trzyma Kongo razem. Ma pomagać FARDC, ale dobrze poinformowana, urzędniczka, która zastrzega swoje nazwisko, dodaje – Nie możemy na nich polegać, kongijska armia wymaga pomocy. Czasem MONUC jest zmuszony zapewnić im amunicję, żywność i transport. Zdarzają się sytuacje gdy, stawiają nas przez faktami dokonanymi, mówiąc – potrzeba nam amunicji, bo inaczej zostawimy posterunek. Ale przecież nie możemy robić za nich roboty. To ich kraj – konkluduje, a mówiąc o cywilach opuszczających swe domy dodaje – Szczerze mówiąc sama bym uciekała, widząc co się dzieje. Wcale nie winię tych biednych ludzi. Wiele już wycierpieli.
Nie wszystko złoto
Przekleństwem tej części kraju są bogate złoża złota. Kiedy pytaliśmy uciekinierów w Bunii - Jak to możliwe, że kraj tak bogaty w minerały jest tak biedny i nieszczęśliwy? Odpowiadali, że nie mają maszyn żeby kopać, bo złoto jest 5-15 metrów pod ziemią. Złoto nie jest tu dobrem wspólnym, tylko złożem, które trzeba eksplorować samemu, by się wzbogacić.
Mimo zamieszania i walki o wpływy, wydobycie nadal jest jednak kontynuowane. W Iga Barrier, kilka kilometrów na północ od Bunii, pracuje 400 kopaczy, odzianych w brudne i dziurawe spodnie i koszulki, zmieniając bieg rzeki Nizi, eksplorując jej koryto. Brodząc po pas w szlamie, dokopują się do złotodajnej ziemi.
Młody kopacz, wylewając do rzeki błotnistą ziemię mówi - Można znaleźć gram dziennie, 20 dolarów na osobę. Ale to jest jak loteria.
W mrówczym czynie pracują także kobiety i dzieci. Ubłoceni ludzie podają sobie w rzędzie wiaderka z ziemią, słychać buczenie pomp, które odsączają wodę. Pracuje się od świtu do zmierzchu, można nieźle zarobić, jak na lokalne warunki, ale praca jest ciężka i chorobotwórcza. Cały dzień po pas w wodzie i błocie, czasem z osuwającą się ziemią, przygniatającą pracowników. Ktoś wskoczył do rzeki, z drugiego brzegu przynieść trzcinę, która posłuży do umacniania ścian.
- Dzisiaj – mówi kierownik, przedstawiający się jako Laki, jedyny, który ma na nogach gumowce – jeszcze odsłaniamy kolejne warstwy ziemi. Po miesiącu pracy, jutro mamy nadzieję dotrzeć wreszcie do piasku, w którym jest złoto i zacząć go przepłukiwać. Wszyscy czekają na ten moment. Ludzie z całej okolicy przyjeżdżają z łopatami i plastikowymi miskami.
Największe zyski czerpie dzierżawca pola, mający tu niejasne powiązania, o które toczy się walka. Kopaczom do podziału pozostaje 25 procent ze sprzedaży. Ale to dopiero od jutra. Może. Dziś widząc obcokrajowców, kierownik w kopalni złota zapytał – Czy nie moglibyście nas jakoś wesprzeć? Mały datek dla dodania odwagi – i wyciągnął ubłoconą rękę.
Profesjonalni uciekinierzy
W Ituri, na początku marca było ponad 90 tysięcy ludzi, którzy uciekli z miejsc zamieszkania, według informacji OCHA, zajmującej się z ramienia ONZ koordynacją pomocy humanitarnej. Nie znane są jeszcze najnowsze dane, od czasu rozpoczęcia obecnej operacji przeciwko rebeliantom.
- Ruch ludzi jest masowy, wystarczy jedna plotka, podejrzane działania wojska i wszyscy uciekają – mówi Eugenio Balsini, szef CESVI w Bunii, włoskiej organizacji humanitarnej, odpowiedzialnej za pierwszy kontakt z uciekinierami - Ale to zrozumiałe, bo bandyci są bezlitośni, zabijają brutalnie, kradną i gwałcą.
Eugenio Basini, ze swoją ekipą chce zatrzymać przemieszczających się ludzi w jednym miejscu, by łatwiej ich kontrolować, policzyć i właściwie im pomóc. - Koordynacja pomocy nie jest prosta, ważne jest rejestrowanie ludzi. Nie ma powszechnego spisu ludności, wszystko trzeba sprawdzać samemu, docierając na miejsce i pytając. Musimy rozpoznać sytuację, czasem nawet ryzykując wypady w tereny ciągle jeszcze pełne walczących, zorientować się gdzie są cywile, gdzie żołnierze, a gdzie rebelianci - tak by jak najlepiej i najskuteczniej zapewnić pomoc uciekinierom.
Zaciągając się kolejnym papierosem, zmęczony Eugenio mówi - Ludzie czasem wyłudzają od nas dary. Przemieszczają się tylko po to by dostać darmowe jedzenie. Niektórzy przenoszą się już któryś raz, to profesjonaliści w wyłudzaniu – po czym dodaje w rozgoryczeniu – Czasem nieświadomie pomagamy nawet rebeliantom, którzy mieszają się w tłum.
Zdarza się, że lokalni mieszkańcy kupują miejsce na liście, po to by dostać jedzenie tak jak uciekinierzy. – Gdy zorientowaliśmy się w procederze i wstrzymaliśmy dystrybucję, zaczęły się rozruchy – relacjonuje szef CESVI – Policja musiała interweniować, ale dla uspokojenia nastrojów rozdaliśmy jedzenie wszystkim, choć nasze fundusze pozwalają na pomoc tylko uciekinierom. Ludzie są serdeczni i mili, ale w grupie mogą być niebezpieczni. Odruch stadny. Masowa histeria.
Szaleńcy
Znów zerwał się deszcz, dzwonił o metalowy dach w małej szkole we wiosce Vilo. W środku kilkanaście rodzin na kocach i brezentowych płachtach, biegające dzieci, mężczyźni i cierpliwie znoszące swój los staruszki. Obok nas pojawił się człowiek, który wyciągał ręce, zaczął coś niezrozumiale mówić, tłumaczyć, gestykulować. Kilka przycupniętych osób grało w karty dla zabicia czasu.
– On jest szalony, nie zwracajcie uwagi – ktoś powiedział.
- Wszyscy tutaj jesteśmy szaleni – dodał ktoś inny gorzko.
21-03-2006
Kongo
Historia nienapisanego reportażu
Świadomy swych słabości. Coraz bardziej. Antymalaryczne tabletki pulsują w żyłach, wstrzykując toksyny w całe to pomieszanie ludzkich myśli, opinii i wrażeń. Wszystko się rozmywa, rozmiękcza, rozpada.
Co dalej?
Defragmentacja mózgu.
17-03-2006
Kongo
Bogacze
Kopalnia zlota. Ludzie prosza nas o jakis datek, pieniadze na jedzenie.





07-03-2006
Kongo
DZIENNIKI KONGIJSKIE – część pierwsza
NAIROBI
Stres, napięcie mięśni brzucha, od tego kłuje mnie w dupie. Niepewność. Im więcej czytam o rebeliach i niestabilnej sytuacji we wschodnim Kongu, tym bardziej destabilizuje się mój umysł. Ciężar w płucach, choć tłumaczę sobie, że jeszcze przez całą noc będę w autobusie, w Kenii, więc bezpieczny. Martwić się mogę dopiero potem. Musimy przejechać przez Ugandę, tam jutro wybory, nie wiadomo czy uda się dotrzeć do Kampali. Sytuacja może być niestabilna. Ekscesy, zamieszki, cholera wie. Zmieniona konstytucja, tak by obecny prezydent mógł znów wystartować, a jego główny oponent nagle został oskarżony o gwałt i terroryzm. W sondażach idą łeb w łeb.
Potem przez Ruandę do Konga.
Yamada, fotoreporter z Japonii, właśnie stamtąd wrócił. Spotkaliśmy się w Nairobi, gdzie przyjechał zebrać myśli, odpocząć, przejrzeć swój dotychczasowy materiał z Konga i zdecydować co dalej – ma już dość, czy jednak chce wrócić.
- Dużo się dzieje, wiele można się nauczyć – mówił, że mogę do niego dołączyć – Jedziesz?
Jadę.
Leżę na łóżku, obok torba, czekam jeszcze aż komputer się naładuje. Yamada pakuje sprzęt, rolki filmu. Przychodzą inni Japończycy, pokazuje im zdjęcia, kłaniają się, wyrażając japońskie zdziwienie – oooo! – na słowo Kongo.
Co się kupuje jadąc w miejsca gdzie działają rebelianci, organizacje humanitarne i ONZ? Przyszło mi do głowy tylko mydło, papier toaletowy, latarka i elegancka koszula… - Musisz wyglądać jak dziennikarz – powiedział Yamada.
Kupiłem dolary, całą masę. Plik jednodolarówek i innych małych nominałów, kupa forsy. – Entrance fee – śmieje się mój guru – za doświadczenie trzeba płacić.
Kupiliśmy bilety autobusowe do Kampali, stolicy Ugandy. Normalnie autobus jest wypełniony, ale przez wybory cisza. Mogę zająć 10 tylnych miejsc. Teraz dojeżdża tylko do granicy i trzeba się przesiąść. Napięcie i czekanie.
UGANDA
Myślałem, że może nie dadzą nam wizy, więc z czystym sumieniem będziemy mogli wrócić do Kenii. Ale dali. Jedziemy dalej. Spokojne przygraniczne miasteczko, komisja wyborcza na placyku, ogrodzona białymi taśmami, rządek ludzi w kolejce do głosowania. Ale o transport ciężko. Siedzimy w matatu czekając aż się wypełni. Duszno.
Bileter mówi, że głosuje na opozycję, ale nie głośno, tylko pokazuje na palcach. Sciszonym głosem mówi, że nie ma demokracji, że cały ten obiecany cud gospodarczy to bujda na kółkach. Ludzie na północy kraju się burzą, chcą opozycji, bo przez 20 lat nic się nie zmieniło.
Widzę pierwszą stronę gazety, samochody opancerzone, będą pilnować porządku. 12 tysięcy żołnierzy.
Nie jadłem śniadania, pieniędzy wymienionych starczy tylko na bilet. Jazda trwa 3 godziny, będziemy kombinować. Yamada mówi, że z Kampali do Kongo można się też dostać samolotem ONZ, ale jakoś nie mogę w to uwierzyć, że nas tak po prostu zabiorą.
KAMPALA
W deszczu. Przegadaliśmy całe popołudnie o Japonii, weselach, rebeliantach, onzecie i o tym, że marzeniem Yamady jest znów pojechać na front i zrobić zdjęcia.
AMBASADA
W bocznej uliczce, wygryzionej, z dziurami w nawierzchni, willa ogrodzona murem. Ambasada Demokratycznej Republiki Konga. Urzędnik w ciasnym pokoju, na ścianie kalendarz z prezydentem i czterema wiceprezydentami, z których każdy jest byłym rebeliantem. Na biurku zdjęcie z ministrem spraw zagranicznych. Chcemy wizę turystyczną. Zależy nam na czasie, bo w Ugandzie jesteśmy tylko tranzytem. – Co prawda dzisiaj nie pracujemy – powiedział urzędnik, choć to przecież dzień roboczy - ale ja jestem tutaj żeby wam pomóc. Możecie dostać wizę jeszcze dzisiaj, ale to będzie dodatkowy koszt – i zaczął wymieniać – musimy zadzwonić do Kinszasy, wysłać dokumenty, itp. itd. 20 dolarów więcej – powiedział bez ogródek. Żadnych formularzy. Tylko paszport, zdjęcie i gotówka w dolarach.
Wracamy po południu. Przed ambasadą strażnik z karabinem i człowiek bez zębów na wiklinowym fotelu. – Czekamy na was – mówią. Człowiek bez zębów wyciąga z kieszeni spodni nasze paszporty i mówi po francusku, że chce pieniądze – Na jedzenie.
KAMPALA
Trudno w to uwierzyć. Trzęsę się, tak trzęsę się. Zgrzytam zębami. Właśnie dostaliśmy darmowe wejściówki na samolot ONZ do Bunii, gdzieś we Wschodnim Kongu. Dobra wiadomość jest taka, że nie musimy jechać przez Ruandę i płacić 60 dolarów za sam wjazd. A zła? Jeszcze nie wiem.
Dwa dni podchodów, pisania oficjalnych listów i próśb, nachodzenie kwatery MONUC (ONZ dla Konga), niepewność, czekanie, telefony, uśmiechy, ale wreszcie jest zgoda. Lecimy w poniedziałek.
Teraz kolejne dwa dni na ogarnięcie tego wszystkiego i zorientowanie się w sytuacji kraju i regionu gdzie od 1999 roku, w wyniku walk plemiennych, walk z rebeliantami i obcymi wojskami zginęło więcej niż 60 tysięcy ludzi. Zastrzelonych, zadźganych maczetami, czasem nawet zjedzonych. Tak, zjedzonych.
- To może być twoje najcenniejsze doświadczenie w całej afrykańskiej podróży – powiedział Yamada.
Dziś w miasteczku sytuacja ma być stabilna. Bunia jest obozem wojsk ONZ i licznych międzynarodowych organizacji humanitarnych. Ale walki z rebeliantami wciąż trwają w okolicy.
Yamada chce pojechać na front. Był już dwa razy, z kongijskim wojskiem. Dwa razy, ale krótko. - Niedobre zdjęcia, niewiele się działo – mówi. Teraz wojsko wraz z ONZ ma przypuścić wielką operację przeciwko rebeliantom destabilizującym sytuację w kraju, używając 11000 żołnierzy. Ważny moment dla Konga. Przed wyborami, pierwszymi wolnymi. Yamada informacje o dacie rozpoczęcia operacji ma od samego generała.
Siedzę i myślę – czy i ja odważyłbym się pojechać na front?
05-03-2006
Kongo
Aero




Byly oboz uchodzcow w Bunii. Oficjalnie zostal zlikwidowany, ale ludzie wciaz tu mieszkaja bez pradu, z ograniczonym dostepem do wody. Sa twardzi, duzo widzieli. Trzymaja sie.
*
Poza tym duzo sie dzieje na froncie walki z rebeliantami w tych okolicach. Wkrotce wiecej szczegolow.
04-03-2006
Kongo
Ladowanie
Kongo jest mokre, powietrze geste i lepkie. w dzien slonce wyciska z nas wode, wieczorem deszcz zostawia w powietrzu wilgoc.
Wyladowalismy szczesliwie, podrozujac w 6 osob w cielsku wielkiego wojskowego herkulesa, pomalowanego na bialo, z oznaczeniami UN.
Tutaj jest troche inny swiat. Windows jest po francusku. moze za jakis czas zbiore sie zeby cos napisac.
02-03-2006
Kongo
Dorastanie
Jutro rano samolot ONZ z Kampali do Bunii w Demokratycznej Republice Konga.
Obozy uchodzcow, rebelianci, kopalnie zlota, dzialalnosc ONZ i organizacji humanitarnych.
Towarzysz: Yamada, fotoreporter z Japonii.
Lektura zalecana: "Jadro ciemnosci".
26-02-2006
Kongo